niedziela

Anegdota #1

zwykle jesteś lepszy od tego co spotykam po drodze do sklepu

Scena pierwsza

Trawsko, drzewa, krzywa twarz, usta miazgą buchają pod wąsem znaczącym. Wchodzę obok. Kawa w opakowaniu, podana tłustą ręką, co to macała jeszcze sekundę temu rybę wędzoną, lubisz to - myślisz, ale nie mówisz na głos. Z panią ekspedientką dzieli cię jeszcze jedna, bądź trzy przepaście. Przezwyciężasz jednak strach. Krótka wymiana zdań.
Wkładasz rękę do kieszeni, sprawdzasz czy masz drobne, ocierasz palcem o coś twardego, rozcinasz opuszek o kapsel po piwie. To już drugi raz w tym tygodniu. Wychodzisz, machnąwszy ręką na "grosik winna będę", ale tak naprawdę to pragniesz wypić krew tej kobiety - tłustej matki, żony ale już nie kochanki - zbyt wiele podobieństw w jej obliczu do mężczyzny, a jej mąż - cóż - nie przepada za mężczyznami w fizycznej formie. Seksu nie będzie. Krwi też, bo odpuszczam i tym razem, mimo, że to nie pierwszy.
A u żony, matki, lecz nie kochanki będzie dziś za to browar, maślanka z ziemniakami, albo kefirem. Maślanka z kefirem, w ramach popołudniowego zduszenia kaca w zarodku. Bo tu się o świcie pije, w południe trzeźwieje. I tak codziennie od trzech miesięcy.

Scena druga
Wstrząsające działania rodzicielki, której paluchy natrętnie macają klamkę mojego pokoju od zewnątrz - bo znów usłyszała mój chichot i twoje odgłosy dźwiękonaśladowcze przez telefon. - Co ty znowu wyczyniasz? - zapytałem, zasłaniając mikrofon w telefonie, a właściwie cały telefon, bo po ciemku nie widzę nawet, gdzie mam plecy. Przejście na postać w progu stojącą. Gniewny twarzopysk wypluwa z siebie zmasowany potok epitetów, zakończony gromkim "SPAĆ KURWA"!" po czym znika za drzwiami, które pierdolnąwszy donośnie o framugę, postarały się o kontrę, w formie osunięcia się obrazu, który szybę na owych drzwiach zamontowaną zakrywał. 

I tak codziennie od trzech lat.

Dziś nie byłem smutny.





 Smutno, bo akcja z Pawłem Sonickim nie wypaliła:



Jednak nie, jestem dziś smutny.

środa

Nadal

brak uwagi skutkuję miną wieloryba
cienie pokładają się na powiekach
mam ciebie i ciebie w kieszeniach
oko wypluwa granitowe struktury,
co zlepione dają głaz


bardzo proszę dziś zostać
bardzo proszę dziś


Finisz jest słony, jak wszystkie rzeczy które wydzielam. Na dwóch warstwach, ocierając pęcherz o odcisk, bruzdę o kamień - wznoszę pieśń do nocy, oglądając perseidy samotnie na balkonie.