piątek

psychotic murderer

22 listopada miał miejsce koncert w ramach XXIV Festiwalu Ars Cameralis w Domu Oświatowym Biblioteki Śląskiej w Katowicach. Koncert nie byle kogo, bo kobiety uważanej za prekursorkę sceny no wave - Lydii Lunch, w doborowym towarzystwie.

Lydia Lunch nie patyczkowała się. Zdzierając gardło (i obcasy), wypluwała z siebie opowieść niepokojącą, druzgocącą, nieprzyjemną. Wtórowała jej Mia Zabelka wypuszczając z trzewi całe spektrum przedziwnych wrzasków, kwileń i jazgotów, operując jednocześnie skrzypcami w momentami dośc niekonwencjonalny sposób. Uśmiechnięta przez całą sztukę Zahra Mani stała za sterem komputera i gitarami zdając się być nadzorcą tego piekła. Nadzorcą nie nadzorcą, wszak w pewnym momencie, gdy rozległ się szalony śmiech Lunch i Zabelki – nie można było mówić o jakiejkolwiek kontroli tego, co tam miało miejsce.
Cała relacja dostępna tutaj

A tutaj jest kilka zdjęć z koncertu, oraz filmik dający jako taki obraz tego, co tam miało miejsce.






wombaty w papilotach

Znowu byłem na koncercie w ramach Ars Cameralis:
ARIEL PINK, support: JACK NAMEFestiwal Ars Cameralis 2015
Jak to u psiapsiół bywa - nasz nadworny szaleniec, co to na debiutanckich krążkach wykorzystywał własne kolana do wytwarzania dźwięku, zaprosił do współpracy na trasie koncertowej tego właśnie Dżeka, no i ów Dżek supportował, nie? Więc chłop wyszedł w towarzystwie pana dotykającego dwa do czterech klawiszy na kibordzie i przez dwadzieścia kilka minut raczył nas bardzo fajną mieszanką transowo-tanecznej, wypełnionej loopami elektroniki (przy akompaniamencie rozmytej gitarki). [...]
Tutaj znajduje się pełna relacja z koncertu.

Marnotrawienie kliszy w ajfonie z powyższego:



______________

Jak nikt nie patrzy i nie słucha to robię dziwne rzeczy




poniedziałek

Dość tych wszystkich wstrętnych, wywleczonych...

Czego oczekujesz?
Czego chcesz, gdy patrząc przed siebie, będę miał gdzieś twoje potrzeby, a zafrapuje mnie w tym momencie cholerna kałuża, której formę zabił nieostrożnie przechodzień?
I tak umrze, jak resztki kolacji w zlewie, co to synonimem miały być
upojnych chwil we dwoje, zakończonych ostrym seksem, ku uciesze peeping tom'a-tuż za ścianą

wiem o tym
nie musisz się kryć

join

t? nie, od dawna nie.



Na świeżo spisywane wrażenia z koncertu, są jak sporządzanie przepisu na idealną potrawę tuż po jej przyrządzeniu i skonsumowaniu. Jesteśmy wtedy zwykle pod wrażeniem chwili, pod majestatem największej świątobliwości, jaką jest doskonałe wrażenie po wyśmienitym posiłku. Pizza, z dużą ilością tłustego sosu. Broda uwalona w czosnkowym, w kąciku ust pomidorowy. Zlizujemy z nadgarstków [...]

Bledziutcy

140x100cm ołówek na brystolach (2)
pracownia Macieja Linttnera

Świerklaniec
To było piękne doznanie. Dopiero teraz znalazłem te zdjęcie, wybacz. 


Pierwsza płyta Megadeth, koncert Jack Name i Ariel Pink. Nie odmieniam, bo po co.?
Zabijanie to mój biznes.
Sam nie wiem.

Kilka kursyw spadło na ten tekst, bardzo wiele bekspejsów, bekspejserów od ponad roku brak. Pearl Jam się mnie nie trzyma jakoś specjalnie, a kiedyś wyjątkowo ich lubiłem.
kojarzyła mi się z nimi moja koleżanka, żadna tam przyjaciółka... miała być dziś na Arielu, nie zauważyłem jej, nie zauważyłem nikogo.
Nie ma podstaw by wszcząć śledztwo. Nie poszukuję jej, ani Ciebie. Nikogo nie szukam. Mgła dostarcza mi więcej wrażeń niż wszystko inne.



Najjaśniejszym punktem była dziś piwnica i znalezione wersje pjaninkowe pewnych utworów, do których będę wkrótce wył, ku swojej uciesze. I ponoć kilku innych, anonimowych postaci, co to ssą dźwięk przez sito, i myślą, że przez to są bardziej jazzy, czy jak to tam mówicie, wy - młodzi.
Buzi.

To głupie, i pewnie kompletnie bez znaczenia, ale to pamiętam.
Pamiętam.

___
To też pamiętam, to zagrał:

ale było sto razy bardziej shoegazowo niż w klipie

środa

Zagubieni w skórze, Ars Cameralis, sofa

Dzisiaj chciałem coś zrobić na zasadzie przedstawienia tego co ostatnio się działo. Taka prawdziwsza forma bloga niż dotychczas. Wytrąci mi się to pewnie z toru lotu za moment, bo jestem potwornie roztrzepany, ale postaram się to spiąć w minimalną klamrę. Udzielam się redakcyjnie w Magnetoffonie ostatnio nieco bardziej. Poniżej fragment pierwszej relacji z koncertu, w ramach XXIV Ars Cameralis:

Kołakowski:Wykpisz:Korelus + David Liebman 
koncert w ramach XXIV Ars Cameralis





(akryl na płycie, 30x30cm)


___________________________________________

Poszliśmy w niedziele do teatru Rozbark. Bytom.

 Pokochać siebie, szanować, nie oszukiwać. ZNAMY TYLKO SWOJE ODBICIE LUSTRZANE, OBCY JEST NAM DOTYK SAMEGO SIEBIEZagubieni, zabiegani, obcy dla samych siebie – po prostu nie znamy się dobrze

Spektakl-potwór. Wymagający, drastyczny, ciężki, nieprzyswajalny, chory, niemoralny. Absolutna niezgodność opisu z produktem. Historia przemian, dojrzewania, podejmowania decyzji oraz jej efektów. Przejmujący obraz, który stworzyło pięcioro mężczyzn i kobieta. Ale czy na pewno kobieta?
Polecam każdemu, kto w okolicach śląska przebywa. Anna Piotrowska stworzyła choreografię do ludzkiego dramatu. Zmiażdżyła przy tym tożsamość wielu osób występujących. Ciężko mi mówić o tym co wtedy zobaczyłem. Nie był to spektakl dla każdego, a już na pewno nie dla widzów poniżej szesnastego roku życia. Wyśmienite.

Poniżej zdjęcia i trailer reklamujący spektakl:





_____________________________________

 A na Kołakowski:Wykpisz:Korelus+Liebman  wyrzucili mnie sprzed stołu mikserskiego, bo rzekomo zająłem jakimś dziadom miejsce. Media nie majo uatfo.



A dziś, w to zacne święto, kiedy to wszystkie sklepy zamknięte - dostrzegłem przed barem coś takiego:


I uznałem, że warto to zamieścić na oposie. Taki jestem. Pozdrawiam, dobranoc.