czwartek

Podsumowanie

Małe historie tworzą wielki obraz. Rzeczy niepotrzebne ujmują bardziej, kiedy obrócisz je do góry nogami.
Światło źrenic zredukować do minimum, co by wewnetrzna powłoka nie wyzierała na zewnątrz.
 I tak przez całe życie.

Podsumowanie tegorocznego roku w formie A6tek:

Działo sie wiecej niz powinno. Dzialo sie ciągiem dziesiec rzeczy na raz. Tyle ile ogarnąłem mieśniem z komorami, właściwie zasłoniło niedobory rozumowego postepowania. Pierdu pierdu.



Skutki mojej pracy nie były tak opłakane jak w zeszłym roku. W sumie cieszy mnie ogólny stan rzeczy. Wiele straciłem, wiele zyskałem. Ogólem wszystko na plus. Dziekuje tym, ktorzy powtarzali, ze trzeba odnajdywac plusy kazdej sytuacji. W koncu zaczelo docierać. Troche po czasie, ale jednak - wstaje z uśmiechem od jakiegoś czasu.



Zredukowałem działania do minimum. Oby otoczył ten skarb spokój i dostatek a nie klątwa.


Koniec roku wywraca powoli stolik z notatkami. Wszystko sie sypie, a ty pozwalasz oby porwał połowe wiatr, drugą zaś sam zrzucasz niedbale. Tak jest łatwiej. Zanurzyłem nogi w piasku na nowej wyspie. Jeszcze nie wiem jakie niebezpieczeństwa skrywają geste drzewa.


To powinien być dzień rozliczający. A może to wczorajszy taki był? 
+++



210x100cm
Rozpiąłem i zacząłem coś robić. To zaledwie pol godzinny efekt, wiec do konca jeszcze bardzo długa droga. 

Czas pociąć zdjecia z niechcianymi twarzami. Na cholere mi gracenie miejsca. Czas start.

Wszystkiego Dobrego w nowym roku. 

projekt wstepny do okładki skrzekoryków moich

Koniec z wchodzeniem do pudła, które mnie nie pomieści.








niedziela

Szmaciane farfocle, kombajn z panelami podłogowymi

Znalazłem kilka portretów kredkami, które narysowałem jakoś w 2013r.


dziecko, dwa Chorążyki, Robert i Adam / a5
Lubię fiolet i niebieski. Kolory trucizn.


A to znalazłem zupełnie przypadkowo. Zajebiste to jest. Takie rzeczy mógłbym tworzyć non stop, ale blokuje mnie kolor papieru i lenistwo. Plus dodatkowo jestem teraz nażarty jak prosie w peruce, ledwo powłóczam ręcyma. 
Fajnie jest umieć kilka rzeczy dobrze. Ostatnio na instagram wrzucilem takie rzeczy:



Znowu, zupełnie jakby to było takie oczywiste - kiedy wrzuciłem rysunki zrobione na szybko, tzw. pięciominutówki, bez zbędnego zastanawiania się, koncepcji - okazało się, że jest na nie odzew.
Denerwujące. Irytujące. Normalne.

Powstał też długo (nie)oczekiwany teledysk, który nie widziało zbyt wiele osób... ale może to się zmieni. Wciąż czekam.


krótkie wyjaśnienie:
Rok temu wypuściliśmy wraz z Adamem utwór DUBIUM, który nieszczególnie hulał na YouTube czy tam na innym Soundcloudzie. Pojawił się co prawda na kompilacji TotenSchwan... może to jednak świadczy o czymś większym.
Niemniej, wierzymy, że nasz tegoroczny prezent pod choinkę, w postaci najnowszego, dotąd nieprezentowanego utworu INEEDYOUMORETHANYOUWANTME dużo bardziej do was trafi. Premiera w te święta. Jest to jedna z rzeczy, które powstały szybko. Bardzo szybko. Pod wpływem chwili napisałem tekst, nagrałem ścieżki wokalu i wysłałem Adamowi. Bardzo szybko dostałem odpowiedź. Jak to stwierdził on sam: zainspirowałem. Ja jego, a mnie życie.
Mimo, że w tekście jest nawiązanie do świąt, premiera nie była planowana na tegoroczną gwiazdę. Koleje losu są nieubłagane. Zabawne, że to właśnie teraz właściwie, dopełniło się to, o czym sobie zawodziłem pod wpływem pewnych wydarzeń do mikrofonu, pod koniec czerwca.
Potwornie ważny dla mnie utwór-epitafium z przewrotnym tekstem, będącym niejako odwróceniem tytułu... czy jakoś tak. Być może powiedziałem za dużo, być może powinienem pozostawić to do interpretacji własnej.
Oto tekst:
"Świadectwa spalę,
rzeczywistość mnie dziś łamie na pół.
Topię oczy w szkle,
tak wiele warstw zdarłem, tak wiele...
Świąteczne lampki migocą melodią.
Każdy jest dziś mi bliski,
każdy jest dziś mi obcy.
Zastanów się: czego dziś pragniesz?
Potrzebujesz mnie bardziej niż ja ciebie - znaj moją łaskę."
Naprawdę bardzo mocno staram się nie dopuszczać myśli, że to co robię jest bezsensu. Mam poważny problem z promocją tego co robię. Przede wszystkim - boję się.
A może nie warto o tym mówić. W sumie - po co?

Lepiej zawiesić to w powietrzu takie jakie jest.


 Można kupić mój obraz na stronie Desy: 
Polecam jednak najpierw zobaczyć jak w rzeczywistości wyglądają jego kolory, ponieważ reprodukcja wrzucona przez desę (NIE MOJEGO AUTORSTWA) jest żenująca.
Prawidłowe zdjecie

Jest mi zwyczajnie przykro. 



wtorek

Scindite, Drugi pokój na lewo i fiolet

Oto drugi teaser zapowidający nowy klip do utworu INEEDYOUMORETHANYOUWANTME


Dla niedoinformowanych: tutaj link wyjaśniający o co chodzi z projektem muzycznym SCINDITE

A tutaj pierwszy teaser, z 31 sierpnia. Można by rzec, że nie spieszyliśmy się zanadto. Prawda jest zgoła inna.



Wina leżała wyłącznie po stronie mojego zdezelowanego laptopa, który został żywcem zajechany renderami i różnymi śmieciami. Projekt z klipem w Premiere leżał od połowy lipca. Dopiero teraz, na zakończenie 2015r. postarałem się o nowy komputer. Za pomoc i cierpliwość dziękuję głównie bratu. Fajnie jest liczyć na rodzinę, w momencie, gdy pomysł na siebie nie jest taki do końca oczywisty. 

Ale pracuję. Premiera klipu będzie miała miejsce w tegoroczne święta. 
 Tutaj jest kilka zdjęć z samego klipa:






Na ile trzeba być pierdolniętym aby rozstawić wokół siebie świeczki, grać w symulatory i dać sobie robić zdjęcia ucieszonemu współlokatorowi?

____

Fragment opowiadania

"Drugi pokój na lewo"
Dobra passa przybyła na minutę, zapukała w okno, przysiadła na parapecie. Siedziała tyłem do wnętrza, mimo, że za oknem wył wiatr, przewracając plastikowe krzesła i niektóre koty. Machała nogami jak nastolatka, uderzając obcasami o elewację. Zapaliła papierosa, który natychmiast zgasł w powłóczystych szatach łopocących donośnie. Znowu zbrukałaś policzki, pod oczami tona mazidła, które cię szpeci (ale nigdy nie powiem ci tego wprost).
Zrozumiałem bardzo wiele rzeczy, począwszy od tandetnych perfum, po żenujący róż podkreślający nieistniejące kości policzkowe. Wiem, że to wszystko miało swój określony cel. Nie jestem jednak w stanie znieść tego twojego startera porannego, odklejającego się od zniszczonej cery. Narzekam na to jak wyglądasz i co ze sobą robisz, maskując w tym momencie wylewającą się fałdę ze spodni, nosząc pod koszulką ustrojstwo blokujące odstające wałki. Pytasz jak to robię - zaprzeczam jakobym kiedykolwiek próbował takich ustrojstw używać na sobie. Tego nie ma, jak i samego tematu. Sfera wyobrażeń i podśmiechujków z licealistów, nigdy ze mnie samego.
Pamiętam jak pijany, opryskując cię śliną, wygłaszałem racje dotyczące mojej pewności siebie. Nie szczędziłem słów, byłem nieprzyjemny słownie, a w dotyku przypominałem gorącą, pulsującą parówę. Każdy mój ruch zaznaczałem na podłodze smugą fioletu. Podobno  to cyjan wyznacza truciznę. Moim zatruciem od zawsze był fiolet.

będziesz najlepszy (w toku) 140x100cm ołówek na brystolu


______________

cmentarz przeszłości alias Kraków

poniedziałek

Na nazwisko masz Division, Cure Mode Division.

Oto statystyki uczuć, względem oblepiającego człowieka tłuszczu. Element zaskoczenia nie następuje nigdy.

Jest to powolna, ale stanowcza wędrówka do piachu. Ciebie tez to czeka.


Masz resztkami jedzenia wypisane na czole stygmaty, które niezmywalne, nadają ci coś w rodzaju przynależności do gruby społecznej, którą wrzucam do niszczarki, bo z kosza się uwolnić łatwo.


Namalowałem obraz o tym jak rozległa jest przestrzeń między Tobą a tOBĄ a mną, między nami. Jestem spokojny ostatnio bardziej, bo nie mam nic do stracenia. Absolutnie nic do stracenia poza sobą samym. O sobie samym. Lubię.

Słucham tego wieczora czegoś pięknego, nie znającego szuflad, nie mającego świadomości swojego piękna. Brzmi znajomo?


Wielu ludzi powiedziało mi dziś, że to jest jakieś wyjątkowe, ładne i w ogóle super. Utwierdziłem się tylko w swoich przekonaniach.

Cellar Door
100x70cm akryl na płótnie

Uciekam na dach. Zasnę pod kominem, bo to nie jest czas na kochanie.

Bulimiczny Wolverine alias Peeping Tom 
130x100cm akryl na płótnie


 To, że się odzywam, jest wynikiem źle odbieranych impulsów elektrycznych, przez moje ledwo działające zdolności postrzegania rzeczywistości. To nie jest tak, że tęsknię, Wcale o Tobie nie myślę. Jesteś płachtą, której krawędzie muskają zaledwie, wywołują przyjemność i szereg wspomnień. Jesteś prześcieradłem, na którym odbyło się wiele rzeczy, których nie chce wiedzieć, których nie chcę pamiętać, które sprawiają, że rzucam nowym telefonem i dewastuję doszczętnie resztki działających komór w sercu.


Posłuchaj, to do Ciebie. 

...

Lullaby brzmi jak akustyczne Joy Division.


wtorek

Randka z futryną

Relacja z koncertu Domowych Melodii z 28go Listopada.
Co zrobić w momencie, kiedy ekipa Domowych Melodii nawet podczas finałowego odgrywania Północy niosła absolutnie czyste dobro opakowane w światło? Jak przebrnąć się udało o tak wielu wyznawców Melodii z muzyką ocierającą się wielokrotnie o  dziecięce przyśpiewki? Nie wyjaśnię dziś fenomenu Justyny i jej kolegów. Wspomnę zaledwie, że ten kto bywał na ich koncercie obcował z czymś wyższym i bardziej głębokim aniżeli z zabawnym zespołem łączącym doskonałe melodie z kabaretem. Nie potrafię toczyć z walki z czymś, co na starcie wykopuje pochmurne towarzystwo za bramę ich magicznego świata.  Zresztą po co?

 Odszedł z naszej redakcji człowiek, który mnie do niej zwerbował. Dostałem tę wiadomość z pierwszej ręki, a mimo to miałem wrażenie obcowania z informacją włożoną w drzwi. Naturalna chęć rozwoju i dalszej działalności ponoć to sprawiła. Nie łatwo jest podjąć takie kroki, a co dopiero powiedzieć o tym ludziom, których się przez dłuższy czas namawiało do działania. Czułem delikatny zawód w tych ostatnich, pożegnalnych słowach.

Co do rzeczy, które ostatnio robię:

140x100cm ołówek na papierze

 
Wolverine zachłanny (obraz w trakcie malowania)
akryl na płótnie 130x100cm

I mozolna realizacja na temat Błędu w grafice warsztatowej


 A tutaj skończone rzeczy:

bez tytułu/Posejdon na rufie statku
140x100cm technika własna na papierze (wkrótce lepsza reprodukcja pracy)

Ja sobie tu usiądę i się tu rozłożę/Klaudia 
130x100cm akryl na płótnie
 
Demiurg ubolewający nad rozlanym mlekiem
100x80cm akryl na płótnie

Zacząłem pisać opowiadanie o tym jakim jestem dupkiem. Ale o tym wkrótce.
Maleńki fragmencik:

[...] Nie pamiętałem tego, dopiero następnego dnia siniak (fioletowy) przypominał o randce z futryną. [...] Order Drama Queen z ziemniaka, polany sosem wstydu. I tak bez końca, przez wiele dni, aż do momentu wycelowanego we mnie środkowego palca.

czwartek

Recenzja "Howl" / 2015 / reż. Paul Hyett

W związku z tym, że zarobiony po uszy czuję się lepiej, niż w momencie gdy dokonuję wielogodzinnego szperania w czeluściach internetu - podejmuję próbę napisania recenzji filmu. Kieruję się zaledwie domysłami i rozsądkiem podczas pisania poniższego tekstu. Nie mam odpowiednich ku temu kwalifikacji, na filmach się nie znam, jestem tylko pasjonatem (a może nawet to słowo jest na wyrost - oceń sam). Walczę przy tym z choróbskiem, które toczy mój styl pisania. Staram się rozwijać. I to jest taki mój mały kolejny krok ku temu.

________________________

Na tapetę wziąłem dziś horror zrealizowany w tym roku przez reżysera Paula Hyetta znanego z Kobiety w Czerni czy ze znakomitego Zejścia. W jaki sposób przedstawił świat mrożących krew w żyłach wilkołaków błądzących po lasach w poszukiwaniu pożywienia? Zapraszam do lektury. 

Poznajemy głównego bohatera w momencie, kiedy nie otrzymuje on stanowiska kierownika, o które się ubiegał. Zawiedziony tym faktem wzrusza beznamiętnie wątłymi ramionkami i odbywa rutynową kontrolę biletów, klnąc zapewne w myślach, tworząc przy tym nekrologi z nazwiskiem kolegi po fachu, który ów awans dostał. 
Napotyka ludzi z różnych warstw społecznych, usilnie starając się trzymać nerwy na wodzy w konfrontacjach z nimi. Spektrum ciekawszych osobowości reprezentuje głównie para staruszków, ale spotyka oprócz nich również: lekceważącą otoczenie nastolatkę, mola książkowego o wyglądzie bibliotekarza, bufona-biznesmena, tłustego pana z kebabem, panią powściągliwą oraz mruka-inżyniera o wyglądzie rozgrywającego w drużynie futbolowej. 
Użeranie się z pasażerami przerywa wstrząs pociągu, pod który wmanewrował się spacerujący po torach jelonek. Dzielny maszynista dziarsko wyskakuje z pociągu, by (ku swojemu zdumieniu) zobaczyć mielonkę, która została z jelonka. Wzdycha, udziela ostatniego namaszczenia, po czym kamerę spowija mrok, daje się słyszeć dźwięki ssąco-mlaszczace oraz ciche pokrzykiwania jegomościa. I tu film mógłby się zakończyć albo obrócić w zupełnie innym kierunku (zwłaszcza, że postać Joego na samym początku intryguje).

Film Howl, nie mający póki co polskiego odpowiednika, od samego początku narzuca kilometrowy ciąg skojarzeń. Pełna paleta osobowości-zagrożenie-bohater-przemiana wewnętrzna pozostałych-happy end. Z marszu filmów o takim schemacie można wymienić kilka, ale powstrzymam się tylko do tytułu Wrong Turn (Zły Skręt <?!> ).
W obu przypadkach mamy miejsce oddalone od cywilizacji, mamy monstra niewiadomego pochodzenia (w przypadku WT geneza mutantów pojawia się w kolejnych częściach), zagubionych ludzi nie potrafiących działać w zespole, pomimo wyraźnej sytuacji zagrożenia, kolejne eksterminacje słabych jednostek. 
No i tak jak można było przypuszczać, na pierwszy ogień poszła dziewczyna intelektem nie grzesząca, następnie pan od kebabu (skądinąd w momencie wydalania - jawna szydera reżysera?), w międzyczasie staruszka nabawiła się zakażenia, bo ją jeden z wilczych kłaków pogryzł dotkliwie w łydkę. Jedną.
Dramatycznie przewidywalne, liniowe, pozbawione elementu zaskoczenia.

Gra aktorska w Howl opiera się na książkowych schematach - dziewczyna jest arogancka, irytująca, dziecinna; mol książkowy denerwuje się na każdym kroku, nosi przy tym okulary, a w momencie zagrożenia staje się szaleńcem wymachującym siekierą. Było, było, było.

Brak oczekiwań z mojej strony spowodował, że film oglądało się lekko, z powracającym raz za razem bananem na paszczęce. Nijak twórcy wspaniałego Zejścia nie udało się wytworzyć odpowiedniej atmosfery. Wygenerowane komputerowo maszkarony przypominające momentami Glena Danziga, Mortiisa bądź któregoś z członków Type o Negative, wywołują raczej śmiech 



(tym bardziej, gdy wilkołaki tańcują wokół ofiary, świecąc stroboskopami w ciemnościach (że niby takie oczy rodem z koszmarów, co nie?). 

Ileś lat temu sprawdziłby się taki patent. Nie dziś. 
Opinie co do wygenerowanych postaci są różne. Wielu twierdzi, że wilcze kłaki wyglądają naprawdę przyzwoicie. Mi przypominały albo powyższych muzyków, albo zdeformowaną rodzinkę ze wspomnianego Wrong Turn.
Wspominałem jeszcze o wątku przemiany bohaterów. 
Nasz uroczy konduktor, dopóki nie został pogryziony przez wilkołaka i skończył jak oni sami, z mrukliwego i dość nieśmiałego chłopaka staje się silnym, dojrzałym mężczyzną, potrafiącym wygiąć rurkę i włożyć ją w uchwyty między drzwiami, tym samym blokując dostęp do pomieszczenia w jakim się znajduje, na jakieś dziesięć sekund.
Podobnym bohaterem staje się inżynier, co to taśmą pokleił rury doprowadzające paliwo, po czym i tak skończył w objęciach Petera Steele powstałego z umarłych.
Po drodze, w trakcie blokowania przez staruszka okien za pomocą różnych narzędzi, których nazw nie potrafię wymówić, okazuje się, że pani powściągliwa, będąca jedynie tłem przez większość filmu, ma pewne konszachty z biznesmenem, któremu wygarnia jego postępowanie wobec niej, jakieś trzy lata wstecz, kiedy to u niego pracowała. Interesująca przez dziesięć sekund zapchaj dziura w fabule, nie będąca absolutnie niczym istotnym w historii. Można było jedynie zarechotać przez chwilę, bo tuż po jej zarzutach zostaje przez owego biznesmena bezceremonialnie wykopana z pociągu ku uciesze Mortii.. tfu, wilkołaka.





Zastanawiam się właśnie po cholerę skupiam się na takich pierdołach, skoro film zrealizowany jest tak bezsensownie, że nadaje się wyłącznie na seans  dla dogorywających gości na imprezie. 

Jedną z ostatnich scen jest romantyczne pożegnanie się głównego bohatera z koleżanką po fachu, w momencie, kiedy sytuacja jest już absolutnie bez wyjścia. Dziewczyna kulejąc idzie w kierunku miasta przez las, pozostawiając swego wybawiciela na pastwę potworów, a sama wychodząc bez większych otarć i siniaków. Serio.

Był w tym szale jakiś zamysł - pociąg plus wilkołaki - dość niekonwencjonalnie trzeba przyznać. Zburzyła wszystko schematyczność i brak pomysłu na zbudowanie ciekawych osobowości bohaterów. Wrażenie grą aktorską zrobiła jedynie staruszka, która w pewnym momencie miała bardzo ciekawą charakteryzację. 



Na dokładkę przykład inteligentnego, "budującego napięcie" dialogu:

  

Oraz trailer:



 I to by było na tyle w kwestii recenzowania filmu (o ile to w ogóle można nazwać recenzją). Chętnie wysłucham wskazówek i konstruktywnej krytyki. Wydaje i się, że kolejny post będzie już o czymś innym. Do zobaczenia więc.