czwartek

Recenzja "Howl" / 2015 / reż. Paul Hyett

W związku z tym, że zarobiony po uszy czuję się lepiej, niż w momencie gdy dokonuję wielogodzinnego szperania w czeluściach internetu - podejmuję próbę napisania recenzji filmu. Kieruję się zaledwie domysłami i rozsądkiem podczas pisania poniższego tekstu. Nie mam odpowiednich ku temu kwalifikacji, na filmach się nie znam, jestem tylko pasjonatem (a może nawet to słowo jest na wyrost - oceń sam). Walczę przy tym z choróbskiem, które toczy mój styl pisania. Staram się rozwijać. I to jest taki mój mały kolejny krok ku temu.

________________________

Na tapetę wziąłem dziś horror zrealizowany w tym roku przez reżysera Paula Hyetta znanego z Kobiety w Czerni czy ze znakomitego Zejścia. W jaki sposób przedstawił świat mrożących krew w żyłach wilkołaków błądzących po lasach w poszukiwaniu pożywienia? Zapraszam do lektury. 

Poznajemy głównego bohatera w momencie, kiedy nie otrzymuje on stanowiska kierownika, o które się ubiegał. Zawiedziony tym faktem wzrusza beznamiętnie wątłymi ramionkami i odbywa rutynową kontrolę biletów, klnąc zapewne w myślach, tworząc przy tym nekrologi z nazwiskiem kolegi po fachu, który ów awans dostał. 
Napotyka ludzi z różnych warstw społecznych, usilnie starając się trzymać nerwy na wodzy w konfrontacjach z nimi. Spektrum ciekawszych osobowości reprezentuje głównie para staruszków, ale spotyka oprócz nich również: lekceważącą otoczenie nastolatkę, mola książkowego o wyglądzie bibliotekarza, bufona-biznesmena, tłustego pana z kebabem, panią powściągliwą oraz mruka-inżyniera o wyglądzie rozgrywającego w drużynie futbolowej. 
Użeranie się z pasażerami przerywa wstrząs pociągu, pod który wmanewrował się spacerujący po torach jelonek. Dzielny maszynista dziarsko wyskakuje z pociągu, by (ku swojemu zdumieniu) zobaczyć mielonkę, która została z jelonka. Wzdycha, udziela ostatniego namaszczenia, po czym kamerę spowija mrok, daje się słyszeć dźwięki ssąco-mlaszczace oraz ciche pokrzykiwania jegomościa. I tu film mógłby się zakończyć albo obrócić w zupełnie innym kierunku (zwłaszcza, że postać Joego na samym początku intryguje).

Film Howl, nie mający póki co polskiego odpowiednika, od samego początku narzuca kilometrowy ciąg skojarzeń. Pełna paleta osobowości-zagrożenie-bohater-przemiana wewnętrzna pozostałych-happy end. Z marszu filmów o takim schemacie można wymienić kilka, ale powstrzymam się tylko do tytułu Wrong Turn (Zły Skręt <?!> ).
W obu przypadkach mamy miejsce oddalone od cywilizacji, mamy monstra niewiadomego pochodzenia (w przypadku WT geneza mutantów pojawia się w kolejnych częściach), zagubionych ludzi nie potrafiących działać w zespole, pomimo wyraźnej sytuacji zagrożenia, kolejne eksterminacje słabych jednostek. 
No i tak jak można było przypuszczać, na pierwszy ogień poszła dziewczyna intelektem nie grzesząca, następnie pan od kebabu (skądinąd w momencie wydalania - jawna szydera reżysera?), w międzyczasie staruszka nabawiła się zakażenia, bo ją jeden z wilczych kłaków pogryzł dotkliwie w łydkę. Jedną.
Dramatycznie przewidywalne, liniowe, pozbawione elementu zaskoczenia.

Gra aktorska w Howl opiera się na książkowych schematach - dziewczyna jest arogancka, irytująca, dziecinna; mol książkowy denerwuje się na każdym kroku, nosi przy tym okulary, a w momencie zagrożenia staje się szaleńcem wymachującym siekierą. Było, było, było.

Brak oczekiwań z mojej strony spowodował, że film oglądało się lekko, z powracającym raz za razem bananem na paszczęce. Nijak twórcy wspaniałego Zejścia nie udało się wytworzyć odpowiedniej atmosfery. Wygenerowane komputerowo maszkarony przypominające momentami Glena Danziga, Mortiisa bądź któregoś z członków Type o Negative, wywołują raczej śmiech 



(tym bardziej, gdy wilkołaki tańcują wokół ofiary, świecąc stroboskopami w ciemnościach (że niby takie oczy rodem z koszmarów, co nie?). 

Ileś lat temu sprawdziłby się taki patent. Nie dziś. 
Opinie co do wygenerowanych postaci są różne. Wielu twierdzi, że wilcze kłaki wyglądają naprawdę przyzwoicie. Mi przypominały albo powyższych muzyków, albo zdeformowaną rodzinkę ze wspomnianego Wrong Turn.
Wspominałem jeszcze o wątku przemiany bohaterów. 
Nasz uroczy konduktor, dopóki nie został pogryziony przez wilkołaka i skończył jak oni sami, z mrukliwego i dość nieśmiałego chłopaka staje się silnym, dojrzałym mężczyzną, potrafiącym wygiąć rurkę i włożyć ją w uchwyty między drzwiami, tym samym blokując dostęp do pomieszczenia w jakim się znajduje, na jakieś dziesięć sekund.
Podobnym bohaterem staje się inżynier, co to taśmą pokleił rury doprowadzające paliwo, po czym i tak skończył w objęciach Petera Steele powstałego z umarłych.
Po drodze, w trakcie blokowania przez staruszka okien za pomocą różnych narzędzi, których nazw nie potrafię wymówić, okazuje się, że pani powściągliwa, będąca jedynie tłem przez większość filmu, ma pewne konszachty z biznesmenem, któremu wygarnia jego postępowanie wobec niej, jakieś trzy lata wstecz, kiedy to u niego pracowała. Interesująca przez dziesięć sekund zapchaj dziura w fabule, nie będąca absolutnie niczym istotnym w historii. Można było jedynie zarechotać przez chwilę, bo tuż po jej zarzutach zostaje przez owego biznesmena bezceremonialnie wykopana z pociągu ku uciesze Mortii.. tfu, wilkołaka.





Zastanawiam się właśnie po cholerę skupiam się na takich pierdołach, skoro film zrealizowany jest tak bezsensownie, że nadaje się wyłącznie na seans  dla dogorywających gości na imprezie. 

Jedną z ostatnich scen jest romantyczne pożegnanie się głównego bohatera z koleżanką po fachu, w momencie, kiedy sytuacja jest już absolutnie bez wyjścia. Dziewczyna kulejąc idzie w kierunku miasta przez las, pozostawiając swego wybawiciela na pastwę potworów, a sama wychodząc bez większych otarć i siniaków. Serio.

Był w tym szale jakiś zamysł - pociąg plus wilkołaki - dość niekonwencjonalnie trzeba przyznać. Zburzyła wszystko schematyczność i brak pomysłu na zbudowanie ciekawych osobowości bohaterów. Wrażenie grą aktorską zrobiła jedynie staruszka, która w pewnym momencie miała bardzo ciekawą charakteryzację. 



Na dokładkę przykład inteligentnego, "budującego napięcie" dialogu:

  

Oraz trailer:



 I to by było na tyle w kwestii recenzowania filmu (o ile to w ogóle można nazwać recenzją). Chętnie wysłucham wskazówek i konstruktywnej krytyki. Wydaje i się, że kolejny post będzie już o czymś innym. Do zobaczenia więc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz