wtorek

Bardzo konkretny przypadek mieszkańca

Wszystko to sprowadziło się do uznania tegorocznych świąt za najgorsze. Rok 2011 strzelał w pysk za każdym razem, kiedy przychodziła do głowy myśl, że wcale nie jest on tak miażdżąco zły. Waliło cegłami po oknach, odłamki cięły po plecach, rozrywały koszule, a choinkę stojącą w oknie zdefragmentowało. Ot tak, w ciągu sekund, nie zdążyłem nawet odłożyć szklanki. Kiedy leżałem z zaciśniętymi powiekami na brzuchu, nie podobało im się to. Nie aprobowały tego, ze chciałem je uchronić od tego widoku. Akceptując strużki cieknące wzdłuż otłuszczonych bioder, przyszło mi do głowy, że nadaję się to na niezbyt atrakcyjną propozycje Hannibala. Mlaski i siorby dobiegające zza framugi przypomniały, że nie jestem sam na miejscu zbrodni. Wystraszone, psie ślepia łypały czujnie, trochę jakby świadome niebezpieczeństwa, a może po prostu były trochę głodne. Psy są zawsze głodne.
Zanim się rozpadła ta baryłka, stopując pilota, można było odczytać wypisane na niej czteroliterowe słowo, określające mnie jako człowieka, A może to pomyłka? A może to wypadek? Może SŁOWO dotyczyło kogoś innego? Może to był zamach na psa? Może potrzebuję rozpiąć guzik, bo uciskam żołądek?
Zbliża się godzina zero. Wielkie, ciemne łapska znów targają powietrze, robią przeciąg. Zaraz do Ciebie dołączę, tylko skończę trawić obiad. Obawa zabrudzenia większej ilości podłogi sprawia, że  gramolę się z niej a łóżko, o które się dotychczas opierałem. Taka niedola człowieka mówiącego, że pracuje, podczas gdy w tle przygrywa mu gaworzenie ludzi komentujących ekran telewizora. Obawiam się, że niespodziewanie szybko minął oddech, który natchnął. Wydaje mi się, że spadło kilka rzeczy na podłogę i brak mi siły, żeby to ponownie podnieść. I znowu, i jeszcze raz.
Pojawia mi się przecinek pomiędzy oczami. Miał miejsce wczoraj, będzie miał miejsce za moment. Nienawidzę na to patrzeć, podcina mi nogi myśl, że to będzie trwało jeszcze wiele miesięcy. Postanowiłem spłacić długi, zainteresować się swoim zdrowiem. Ostatnio na psychice pojawiła się rdza. To z psich łez, bo moje oczy wyschły już dawno.
Za oknem hula wiatr, przynosi deszcz, który spada na panele rozdając spokój, Wyciszanie się poprzez te dziwną delikatność szemrzących samochodów oraz braku sąsiada wiercącego nieprzerwanie od ponad czterech tygodni, sprawia, że nawet nie żałuję, że zjadłem dziś trochę większą porcje kaszy gryczanej z brokułami. Wmawiam sobie, że to jest dieta, a wszystkie martwe zwierzęta w tym pokoju przytakują mi ochoczo. Boją się, że zrobię im znowu jakąś krzywdę.
Od wielu dni usiłuje rozpisać słowa, popełnić monolog. Chociaż nie, to na pewno dialog, ale jednoosobowy. Trzeba rozmawiać ze sobą. Trzeba zakrywać sobie oczy ręką w tak wielu momentach...
Jedynie wyjątkowo silne spięcie się może przywrócić mnie na wczorajszy tor. Przypomniałem sobie dziś o obietnicach z lat poprzednich.  Nic z tego nie wyszło, bo nie umiem myśleć o kimś innym.
Ślepe, sfrustrowane istoty! Zastrzele pierwszego, który przekroczy próg tego cholernego pokoju! Założyłem na klamkę stosy przyjaciół z gałzi i mchu, za zasłony służy mi zerwany płat asfaltu. To moja twierdza, moje butelki po wodzie mineralnej, mój pilot, puste opakowania po sprzęcie agd, wszystko to moje, moje i takie zostanie!
Powiem wam wszystkim jak smakuje wasze podejście do życia. Przerobię to na swój język i stworze z tego najdoskonalsze dzieło. Bo to wszystko moje, moje, ach moje!
Mała dziewczynka walczyła o poranku z dużo silniejszym od siebie mężczyzną. Widziałem ich oboje, przez swoje okno, jak rozpaczliwie machała jedną ręką, bo druga tkwiła w żelaznym uścisku ojca. Odetchnąłem i siłą woli odciąłem łączącą ich pępowinę. Dziewczynka wyrwała się z uścisku ojca i wpadła na matkę, która ją złapała i bezceremonialnie włożyła do samochodu kląc pod nosem. Na moje oko wykazała się wyjątkowo wielką cierpliwością. Ja już gromadziłem śnieżną kul z parapetu, co by nią postrzelić ojca w potylicę. Wydawał się brzydkim skurwysynem, a takich należy traktować czymś zimnym, bo piekło to sobie oni sami gotują co noc bzykając żonę.
Otarłem suche wargi wierzchem dłoni. Spora część naskórka została na jej wierzchu. Poczułem, że się w tamtym momencie rozpadam. Potrzebowałem napić się drogiej kawy w dobrym towarzystwie. To był środek nocy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz