czwartek

Krótki przerywnik

Bardzo krótki cykl obrazów ku pamięci. W założeniu miały być portrety, ale potraktowałem to bardziej bezosobowo. 40x40 i 50x35cm
olej na desce/płótnie



A tutaj jest drugi z utworów


________________________________________
Tworzę nowy linoryt, a tu jest jego mała zapowiedź:


Mam dzisiaj wystawę obrazu w Galerii Pojedynczej w CKK. Siedzę w dresie i kleję nowy utwór, już poza cyklem o K. 

Przypominam, że kilka dni temu wrzuciłem opowiadanie na blog:
Tutaj

niedziela

UNTITLED 2 - nowe opowiadanie

Dzień dobry, oto moje drugie opowiadanie. Nazywa się bardzo przewrotnie, bo UNTITLED 2. Czyste szaleństwo. Zapraszam do lektury

TO zupełny przypadek, że szedł tuż przede mną. Nie chciałem mu robić krzywdy

    Mam pewien problem z tym. Nie jest to jakaś turbo poważna sprawa, no może odrobinę jest. Ale tylko czasami. Przytłaczać mnie to nie przytłacza. Nie ssie nawet za mocno. A jeśli trochę, to jest to uzasadnione. Skup się.Cztery wdechy, dwa skłony. Mama mówiła co robić, żeby było lepiej.

Jestem gotowy.
    Problem polega na tym, że idąc za kimś kogo znam, nie podchodzę za blisko aby uniknąć rozmowy.

    Być może boję się konfrontacji, albo tego, że ktoś będzie miał nade mną przewagę, zasypie gradobiciem pytań, albo będzie po prostu wyższy i sytuacja zmusi go, bądź ją, do patrzenia na mnie z góry.
    Przywdziawszy pozycję na ślimaka dotkniętego paluchem czterolatka wiesz jak reaguję. Stoi nade mną i sapie, a ja pod nim w słowiańskim przykucu. Ma wielkie oczy, pazury i kły w miejscu pazurów. Wszędzie zęby ma, przekrwione oczy, substancje spienioną wypływającą z ust. 
Jebie też z tej mordy niemiłosiernie, a w kieszeniach grzechocze kilogram kasztanów, co by bić na odległość, nawet gdy ofiara ucieka. Pragnę mieć te kasztany. Kasztany to mój cel.

    No więc odwrócił się, wyczuł mój zapach. Śmierdzę strachem na kilometr.

    Jestem człowiekiem, który postawiony w takiej sytuacji nie czuje się komfortowo. Nie czuję się komfortowo nawet kiedy to czytasz, bo to przecież inwigilacja. Pewnie znasz też zawartość notatek w portfelu, rachunków w kieszeniach oraz zawartości folderów na pulpicie. Wiesz wszystko. Wiesz, że o tobie mówię, wiesz o czym myślę, że cię obgaduję i że boje się twoich kło-pazurów, zembuf i reszty kończyn.  Ktoś usiadł obok mnie w autobusie. Spierdoliwszy doszczętnie misternie maskowany strach, rozkładam się na środku jezdni jak żaba majtająca nogami, gotowa na śmierć.

    Kiedyś miałem na to receptę. Było to ściągnięcie brwi do wewnątrz i wykrzywienie warg na degenerata w za-dużym waciaku.

    I to on odwala za mnie robotę. Ryjomask sztuk jeden. Bestia o oczach ogromnych, bestia pełna kłów i zembuf. To ona sprawia, że ludzie nie siadają, bo rozumieją. Albo mają zwyczajnie przeświadczenie, że zejdę w ich obecności na zawał. Zwykle bywam przecież sapiąco-charczący, z groźną kreską zrastającą brwi w jedność. Od wielu lat chciały się połączyć. Teraz im na to pozwolę.

    Ile sposobów na samotną przejażdżkę tyle twarzy i trików w zanadrzu. Zawsze pozostają kasztany w kieszeniach (te zabrane), których śliskie łebki tępią paznokcie i zagrzewają do walki. Niemniej, spędzenie upojnych dwudziestu minut dupa przy dupie w sześćsetsiedemdziesiątdwa bądź cztery, to coś więcej niż czelendż. To walka o naturalność i szarość pożądaną jak cholera. Nigdy nie potrafiłem się wtopić w otoczenie. 
Pogodzie w tym roku towarzyszył tylko cichy stukot kasztanów w kieszeniach. Czekały na swój moment, na swoje małe tete-a-tete z celem.

    Przysięgam, że nie chcę Ci zrobić krzywdy.
Chcę Ci tylko opowiedzieć, jak drobno ćwiartujesz mój spokój tępą siekierą, kiedy otwierasz otwór gębowy. I jak obsrywam się na myśl, że mogę do Ciebie nie trafić tą sraczko-bolączką, z którą żyję dwadzieścia trzy lata.

    Ulica - przejście dla pieszych - staję trzy metry za Tobą. Wstrzymuję oddech. Zatykam wszystkie pory, aby swym smrodem nie nęcić, nie wywołać skierowania łba w moją stronę.
    Na próżno.
  - Cześć!
  - Źdźcz.
    Kiedy wydostaję się na powierzchnie błota moich myśli, zawsze zasycha mi w gardle. Tak więc oto przywitałem kolegę z widzenia.
 - Dokąd idziesz?
 - Na przystanek, na gisz jadę.
    Zrobiłem to bezwiednie. Zdradziłem miejsce swojego pobytu. Teraz na pewno już wie o mnie wszystko. Będzie miał dostęp do moich zdjęć, prywatnych zapisków poukrywanych w folderach systemowych, kryjówek pod obluzowanymi deskami boazerii, wyrwie mi serce i krojąc je dowie się wszystkiego o czym myślę, bo to pszeciesz-w-sercu-sie-mieszczo emocje, myśli i w ogóle można przestać kochać jak się pczeeepczeeep zrobi. Religa to wiedział. Był nikczemny i robił to specjalnie. Ludzi pozbawiał tego tego co najważniejsze.
 - Ty? Mieszkasz na giszu? To nie jest chyba zbyt bezpieczna dzielnica?
Zupełnie jakby jakakolwiek dzielnica (prócz tych strzeżonych) w Katowicach była w pełni i niezaprzeczalnie bezpieczna. Dłonie w kieszeniach zacisnęły się na czymś śliskim. Poczułem się trochę zmęczony. Krukowrony nad głową jakby tylko czekały na sygnał. Czułem się jak ta czy inna postać z gry, bądź (hihi)chińskiej bajki, która zaraz wyciągnie zza pazuchy młot kowalski i pozbawi czucia obywatela po lewej. Zastanawiałem się, dlaczego jeszcze nie uciekasz, nie widzisz jak wyrasta mi ogon, a z czaszki rogi?

Na domiar złego byłeś przy tym wszystkim niecierpliwy. Nie spodziewałem się, że nie zaczekasz na odpowiedź.

    Kontynuowałeś jednak, zrobiles to. Swój irytująco dociekający monolog zakończyłeś wyrokiem na siebie.
 - Kawał drogi. Ludzie też jakby nieprzyjaźni. Nie boisz się?
Świat jakby stanął na jednej nodze i zrobił piruet, zapraszając do wspólnego tańca drzewa i huśtawki stojące wokoło.
- Nigdy - szepnąłem złowrogo, wyszarpując różdżkę i dźgając nią w oko przeciwnika, powodując wybuch.
- Słucham?
Zamarłem. Zapomniałem, że nadal tam jesteś. Zamrugałem usiłując przypomnieć sobie czy powiedziałem to na głos i zrobiłem przy tym ten komiczny trik z wyimaginowaną różdżką. Ręce nadal spoczywały w kieszeniach, tylko kłykcie jakby zbielały. Czułem, że zmienia się temperatura. Podobno zanosiło się na deszcz.
- Czasami jest ciężko - przyznałem. Oczy zaszła mgła. Ręce zakryły paszczękę, odkrywając całkowicie ból istnienia zwany dalej mentalnym spierdoleniem.

    Coś uderzyło o bruk. Pozbyłem się amunicji z kieszeni, położyłem się krzyżem w błocie, zanosząc się płaczem. Mama mi nie daruje, że zgubiłem wszystkie kasztany, które potrzebowałem na jutrzejsze zajęcia z techniki.

poniedziałek

Peszek, gif, wideo, utwór, wszystko nowe, wszystko ładne

Dzień dobry. Dziś sporo rzeczy mam do pokazania.

10go marca opublikowałem na Noir Cafe recenzje czy tez tekst publicystyczny (jak zwał tak zwał) nowej płyty Marii Peszek. Tutaj jest fragment, natomiast poniżej link do pełnego artykułu:

Gdyby tak sprasować album Marii Peszek, byłby to kolczasty twór pełen gniewu yorka na smyczy pięćdziesięciolatki. Taki Sorry Polsko obniżony o trzy poziomy pod względem tekstowym i skierowany do maści nastoletniej, gnuśnej, buńczucznej – jak powyższy york.
_____________________
Portret na modłę Sandmana:

akryl na płótnie

  Zrealizowałem też nowy rysunek w pracowni Macieja Linttnera:
140x100cm tusz/kredki/ołówki/grafit na papierze

Przymierzam się też do napisania piosenki dla mojego nieżyjącego przyjaciela. Póki co pielęgnuję pamięć o nim. Poświęciłem mu niegdyś teledysk do utworu Scindite:


Edit 14-03-2016
Już jest, nowy utwór pod szyldem BRTLMJ MCHL GRCK:



Jest i trailer zapowiadający nowe opowiadanie:




A ten linoryt znajdzie sie wkrótce na wystawie / Błąd w grafice warsztatowej / "Echoes of You"