niedziela

Październik?

Dzień dobry
Zaczął się rok akademicki. Pąki rozkwitają, stopy brodzą w kałużach, a w tym momencie najbardziej bolą mnie żebra. Godzenie spraw przyziemnych z tworzeniem, jest jak perspektywa rzutu kotem z trzeciego piętra w nadziei, że się nie spierdoli na plecy. Zwykle takowy kwili na plecach z roztrzaskana czaszka w kałuży fekaliów zmieszanych z krwią. Ale żyje.

Trochę podkolorowałem rzeczywistość, ale tak trzeba, żeby się nie utopić w szarości przedziału poniedziałek-piatek-osma-siedemnasta. 

Nie ukrywam jednak, że pierwszy poważny tydzień zakończył się klęska -  rozstrojem nerwowym i zdrowotnym.

Ostatnimi czasy wszystko sprowadza się do zapachu i do tego, ze nie mam polskich znaków na laptopie. Lubie wychodzić wieczorami i wdychać dym z kominów. Częściej się to zdarza niż niema kontemplacja. Odświeżające dużo mocniej niż żul-bryza wiodąca z parku. Przestałem do niego chodzić, bo ostatnio problemy rozwiązuję na miejscu. Głowę mam w końcu dostępną dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Kończę obraz. A właściwie dwa. Czekam na Ars Cameralis.
Tylko dwukrotnie w tym tygodniu miałem manię, że ukradziono mi portfel/kartę od bankomatu/telefon. Takie tam, tenże tego, o żeż ty.


Kiedyś to skończę.  


Idzie cykl większy niż przypuszczałem. Idzie na razie nieźle.


Wciąż łudzę się, że go skończę i ktoś go kupi.