piątek

Sierpień

      Oglądałem pewnego razu jeden z tych potwornych programów telewizyjnych, przez które ludzie utwierdzają się w przekonaniu, że żyją w absolutnie normalnym świecie i mają beznadziejnie nudne problemy. Program traktował o ludziach, którzy wzywają karetkę, gdy się przewrócą, bo fałda skórna mieszcząca się w okolicach niewidocznych (już) obojczyków przygniotła im krtań.
      Przez pracę stojącą mam problemy z kręgosłupem. W sumie trochę też przez to, że żarłem przez ostatnie półtorej roku jak świnia i postanowiłem żyć na własny rachunek, odcinając się przy tym mocno od 80% ludzi, których przyszło mi poznać, i którzy mieli jako taki wpływ na moje życie. Kompilacja tych wszystkich niewesołych rzeczy spowodowała, że jest mi czasem pospolicie ciężko i zaczynam powątpiewać w sens tego co robię.
      Dzisiaj miałem dzień wolny od pracy, w której natężenie zadań stricte fizycznych przyćmiło to, za co tak naprawdę mi płacą. Dodatkowo przyszedł przelew, który był szczerbaty, ale pomimo to zdeterminował pójście na zakupy typu must-have. Namiot dla kota jest w końcu przedmiotem pierwszej potrzeby, co nie?
W tym momencie przydałby się bardziej zastrzyk z hydroksyzyny, ale i to porzuciłem na rzecz mnie inwazyjnych rzeczy.

Rano rozsadziło mi rurę biegnącą wzdłuż komina.
Rura jak rura - płynie sobie nią woda i uszczęśliwia człowieka pod prysznicem. Leci sobie leci, zmywa z ciebie porannego kaca; śpiewasz, że gotyckie odrzwia chylą się, a ta kurwa złamana jak nie dupnie, jak nie strzeli, jak nie zagotuje się, jak nie zafarbuje na brunatno wody, jak nie poparzy, jak nie rozsadzi piecyka.

No więc ten piecyk tak fuchnął jeno z grubsza - początkowo. Potem zaczął buczeć i gaworzyć, machać płomykami. Wyłączyłem chuja, co by mi kibla nie rozsadził, na co ten wysyczał szeptem złowieszczym inkantacje do samego diabła, wypuścił kłęby dymu i spowodował kolejnego kleksa, tym razem na gniazdko elektryczne. Niby nic, ale gdy stoisz jak ta mokra kurwa o poranku na równie mokrych kafelkach, to nie jest ci do śmiechu.
Usiłując się nie posrać wyłączasz więc wszystko co masz pod ręką, a potem się zastanawiasz czy ten pisko-skowyt będący skrzyżowaniem Orłowskiej z Kingiem Diamondem był wyrazem strachu czy może spazmu psychopatycznej radości. 
Opanowujesz sytuacje tuż przed tym, zanim dzielna brygada stróżów wspólnoty mieszkaniowej wpada do środka bezceremonialnie, oświadczając, że masz piec do wymiany. Potem w ciągu dnia dostajesz jeszcze tylko kilka kopów w dupę pod tytułem niekompetentnego kuriera, grubej baby wykłócającej się dwadzieścia minut w biedrze o 60 groszy za butelkę coli, aż do kolejnego zalania kibla wieczorem, kiedy to puszczają Ci już nerwy i postanawiasz o tym ponarzekać. Wtedy przychodzi refleksja, czy dwa lata temu tak gorliwie chciałbyś nie dopuścić do rozpierdolenia piętra od wybuchu gazu.

Człowiek poznaje siebie każdego dnia. Ja dziś stwierdziłem, że nie warto irytować się kolejką wywołaną przez tłustą babę z cukrzycą. Niech jej idzie na zdrowie ta cola.

wtorek

Analog party

 Zima 2014, okres świąteczny. Cisza i spokój. Jedyne święta na przestrzeni dwudziestu pięciu lat, nie spędzone w domu rodzinnym. Dobry czas

Nie pracowałem wtedy wyjątkowo na Smenie8m, a na Canonie 300D, dokładnie takim, na jakim pracuje teraz, tyle że obecnie mam inny obiektyw i szanuje sprzęt, a nie wrzucam go chamsko do torby (widoczne rysy na zdjęciach). Inna światłoczułość też była na tym filmie. To była chyba 400. Wydałem na nią jakieś kosmiczne pieniądze wtedy, bo nie wiedziałem, że na olx można zdobyć to taniej.