niedziela

Wrzesień Wrzesień

     Bogatszy w nowe doświadczenia i blizny po kocich pazurach, ogłaszam wszem i wobec, że działam obecnie z trzema projektami na zlecenie, pracą magisterską oraz dyplomem z malarstwa. Podpieram powieki zapałkami, zasnąłem dziś na Martynie Wojciechowskiej. Dużo śpię, nie podjadam wieczorami, trzymam się diety emżet dzielonej przez WARZYWO-ZAMIAST-CZIPSÓW-TUSTY-KABANIE. Tak minął sierpień, zakończony odsłuchem nowej płyty Natalii Przybysz, oraz wznieceniem płomienia miłości do nowej Lany Del Rey.
     Wrzesień zaś zaczął się wygraną na loterii oraz pierdzioszeniem wiertarki sąsiada o poranku. Jej problemy gastryczne przyciągnęły się na cały poniedziałkowy poranek, który pociągnęła za sobą kotka z adopcji (skądinąd nie trafionej, kotki nie dogadują się wcale).
Pierwsze koty za płoty. W sumie nie pierwsze, i nie za płoty. W głowie mi psy wyją. Nie uciekają w nocy tak ochoczo jak kotki.
     Nie lubię ludzi mimo, że pracuje z nimi na co dzień, odjebując nieraz srogie gówno, byleby tylko sprzedać produkt. Pajacowanie miałem we krwi od małego, kiedy to nagrywało się srogie demoniczne klipy do blackmetalowych sztandarów, a potem szło się na non-alcohol imprezę i równie mocno zaangażowany tańczyło do Sumptuastic.

Minęły dni, pojawiła się u mnie częściowo rodzina oraz rower. Pod koniec listopada bronię się na studiach, szukam też odpowiedniej daty, która byłaby deadlinem w kwestii zrzucenia kilogramów. Zawsze lubiłem dorabiać symbolikę do dat. Doprowadziło mnie to do wielu rozczarowań.

  Mogłem pod koniec sierpnia iść na Dni Zawodzia, ale kosztowałoby mnie to rozstrojem zdrowotnym wynikającym z nadmiernego znieczulenia się alkoholem. Postanowiłem jedynie wsłuchać się w dobiegający z zewnątrz aksamitny głos Pana z cover bandu, wyjącego zaciekle Bajlamos  Iglesiasa.




Namalowałem kolejny molowy obraz.  Po tryskającym szaleńczą żółcią malunku przyszedł czas na rozdygotanie kończyn. Z nadmiaru oszczędnych środków zacząłem domalowywać różne elementy i powstała autostrada biegnąca z dupy. Bezpośrednio i dosłownie. Zacząłem o problemach gastrycznych i nimi kończę.

piątek

Wrzesień

         Znalazł się kiedyś jegomość, który narysował przekrój poprzeczny kota, ukazując wewnątrz skulonego kosmitę. Śmieszkom nie było końca, a karuzelę rozpędzał fakt, że inny zawtórował mu mapą myśli, sprowadzając kota do rangi Hitlera, bądź innego podopiecznego rogatego. Dyskursy trwały, a prawdziwe przeznaczenie kota do dziś nie zostało odkryte.
        Mam na mieszkaniu dwie dorodne s(zt)uki. Jedna wielkością przewyższa grzywacza chińskiego długowłosego (porównywałem organoleptycznie), a druga ledwie-ledwie królika. Pierwsza cierpi na zespół stresu pourazowego, objawiającego się zastąpieniem tradycyjnego miauczenia prychaniem i uprawianiem le Parkouru w przedpokoju. Druga, która miała być kotem-towarzyszem pierwszej (Meluzyny) okazała się być posiadaczką znacznej ilości urojeń, oraz syndromu żula. Urojenia występują cyklicznie, zaraz po wyciągnięciu do kota dłoni otwartej jak i w zamkniętej, kiedy to wygraża się jej pięścią po nagłej pobudce o trzeciej nad ranem.
Syndrom żula zaś przejawia się w braku chęci zasypywania swoich odchodów oraz gazowania pomieszczenia, w którym aktualnie się kot znajduje. Gazowanie następuje zwykle po podniesieniu kota i umieszczeniu go w pozycji "na pleckach" w ramionach (ułożonych na kształt kołyski). Ilustracja poniżej przedstawia owe rozmieszczenie kota:


     Koty nie dogadują się w ogóle. Meluzyna jest zaszczuta przez Babuszkę/Beatrycze/Pepper (kot nadal nie ma jednego imienia), ta zaś ma srogo w poważaniu jej posykiwania.
Przynależność Meluzyny do węży nie jest aprobowana przez nikogo, podobnie jak to, że zaczęła spędzać większość czasu w swojej gotyckiej grocie pod łóżkiem, odliczając dni do końca świata, warcząc przy tym rzewnie do muzyki Igorrra:



     Najgorszy jest jednak fakt, że mój obraz na aukcję szlag trafił w transporcie, podobnie jak dwa filmy z analoga w paskudnym i śmierdzącym piżmem punkcie wywoływania na placu Miarki w Katowicach. Kiedyś ta buda zapłonie, a w Katowicach znowu ogłoszą alarm chemiczny, podobnie jak to miało miejsce w Piekarach Śląskich, Chorzowie  i Siemianowicach podczas wycieku fosforu niecałe dwa tygodnie temu.